Giuseppe Gioacchino Belli – ambasador ludu rzymskiego

Nie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Choroba, cierpienie, śmierć bliskich i nieustanny smutek naznaczyły jego życie. I kto wie, jakby się ono dalej potoczyło, gdyby nie pieniądze pewnej bogatej wdowy. 

 

Tuż po przekroczeniu Mostu Garibaldiego i Tybru wita nas na Zatybrzu ów jegomość. Dżentelmen w każdym calu, elegancko ubrany, w poważnej pozie (choć nie do końca, bo gestem prawej dłoni, bardzo jednoznacznym, wysyła wszystkich do diabła), z metalową laseczką zabetonowaną i pomalowaną na czarno, by imitowała heban (bo wcześniejsze drewniane niestety skradziono) opiera się o Most Fabricio, przez rzymian nazywany Mostem Czterech Głów (których i tu nie zabrakło). U jego stóp wyleguje się Tyber oraz wilczyca z małymi bliźniakami Romulusem i Remusem. Po bokach maszkarony symbolizujące poezję i satyrę. A z tyłu pomnika lud rzymski wsłuchany w najnowsze wieści od Pasquino (najsłynniejszego rzymskiego ‘posągu mówiącego’) – najlepszego źródła informacji o tym, co działo się w mieście. Jest nawet pupo – dziecko, które dopiero zaczyna chodzić.

 

To najbardziej rzymski pomnik, wykonany przez sycylijczyka Michele Tripisciano w 1913 roku, w pięćdziesiątą rocznicę śmierci największego piewcy Rzymu. Napis głosi: Lud rzymski swojemu poecie – G.G. Belli. 

 

Wielkiemu poecie, bo Giuseppe Gioacchino Belli – choć nigdy nie mieszkał na Zatybrzu – ukochał ten lud i jemu dedykował największy pomnik, pomnik ‘plebsu rzymskiego’ – w postaci 2279 sonetów, ponad 28 tysięcy wersów napisanych w dialekcie rzymskim. Tak jak malarz Zatybrza – Bartolomeo Pinelli pędzlem, tak Belli słowem uwiecznił to życie plebsu, który powoli odchodził w przeszłość, bo już mieszczaństwo deptało mu po piętach.

 

 

Urodził się w Rzymie, 7 września 1791 roku w zamożnej rodzinie. Rodzina jego ojca, Gaudenzio Belli, rodem z Marche, już w XVII wieku osiedliła się w Wiecznym Mieście. Rok później przyszedł na świat jego brat, Carlo. I wszystko dobrze się toczyło aż do momentu wkroczenia wojsk napoleońskich do Rzymu. Ojciec wraz z rodziną uciekł w 1798 roku do Neapolu. Musiał, bo jego brat brał udział w spisku przeciw Francuzom, za co został rozstrzelany, a rodzinie skonfiskowano wszystkie dobra.

 

Ojciec musiał zaczynać od zera. Z pomocą przyszedł papież Pius VII, który załatwił mu dobrze płatną posadę w Civitavecchia. Tam też narodziła się siostra Flaminia i najmłodszy brat Antonio, który jednak nie przeżył. I już wszystko powoli zaczynało się układać, kiedy w 1802 roku Civitavecchia, portowe miasto, nawiedziła epidemia tyfusa. Nie oszczędziła ojca poety. Jego matka – Luigia Mazio – z trójką małych dzieci wraca do Rzymu. Zamieszkuje w nędznym pomieszczeniu przy Via del Corso, 391. Nie ma pieniędzy, szyje, aby nie umrzeć z głodu i jakoś utrzymać rodzinę. Ich sytuacja materialna poprawia się nieco, kiedy w 1806 roku matka ponownie wychodzi za mąż, za agenta giełdy. Ale sielanka nie trwa zbyt długo, bo rok później matka umiera.

 

Dziećmi zajmuje się brat ojca – ulubiony wujek Vincenzo, ale niezbyt długo, bo jego zazdrosna żona ma dość ”cudzych bachorów”. Trafiają pod opiekę owdowiałej siostry ojca. Lecz zaraz potem umiera jego młodszy brat Carlo (1811), a siostra Flaminia trafia do sierocińca (Conservatorio di San Paolo), tam przyjmuje śluby zakonne i praktycznie pozostaje przez cale życie w klasztorze (umiera w 1842 roku).

 

Belli ma niecałe 16 lat. Zostaje sam, bez domu, bez miłości, jeszcze bardziej cierpiący i wycieńczony fizycznie (od dziecka cierpi na dolegliwości wątroby). To choroba i ból fizyczny kształtują jego charakter, bo jeszcze jako dziecko, w szczęśliwych latach zamiast bawić się z rówieśnikami, ucieka w samotność, w sztukę, literaturę. Ot, taki mizantrop.

 

Od zawsze głodny wiedzy. Od czasów nauki w Collegio Romano (gdzie zaprzyjaźnia się z Francesco Spadą – arystokratą) po pobyt w klasztorze kapucynów (Il Convento dei Cappuccini). Interesuje go wszystko: angielski, francuski, matematyka, fizyka, chemia. Nauką rekompensuje sobie ból fizyczny i tę samotność, która go tak nagle dopadła. I jeszcze pracuje jako kopista, choć za marne pieniądze. Nie wystarczają one na życie. Musi szukać innej pracy.

 

Ma dobre referencje, więc zostaje polecony księciu Stanisławowi Poniatowskiemu (ulubionemu krewnemu ostatniego króla Polski Stanisława Augusta). Zostaje jego sekretarzem, ale wytrzymuje tylko rok. Oficjalny powód to ciężka atmosfera w pałacu, która nie odpowiada młodemu artyście. Nieoficjalnie mówi się, że poróżnił się z kochanką księcia – Cassandrą Luci (żoną wiecznie pijanego szewca, bitą przez niego, która znalazła ukojenie w ramionach księcia i żyła z nim w nieformalnym związku, choć Watykan ostro ich krytykował, książę poślubił ją po śmierci szewca).

 

 

 

Ale zdobyta wiedza nie idzie na marne i pozwala mu się zbliżyć do kręgów literackich Rzymu. Wraz z kolegami w 1813 roku zakłada Akademię Tiberina, promującą badania dziejów Rzymu. Pierwsze próby poetyckie ogłasza jeszcze pod pseudonimem Tirteo Lacedemonio, a debiutuje pod swoim nazwiskiem w 1814 roku.

 

Mówią, że pieniądze nie dają szczęścia, ale gdyby nie one, to nie wiadomo, jak potoczyłaby się kariera G.G. Belli. W 1816 roku poślubia w tajemnicy bogatą wdowę Marię Conti (wdowę po hrabii Giuseppe Pichi). To ona proponuje mu małżeństwo. W tajemnicy, bo oczywiście rodzina żony uważa go za biedaka i niegodnego kandydata do ręki ich córki. Ten ślub podnosi go i moralnie, i ekonomicznie. Wyobraźcie sobie: nagle z nory trafia do Pałacu Poli (to ten, który jest tłem dla Fontanny di Trevi). Pieniądze dają mu wolność i możliwość podróży.

 

Fontanna di Trevi przylega do Palazzo Poli

 

 

Podróżuje, choć podróże są znów antidotum na śmierć jego pierwszego dziecka, Felice Luisa żyje tylko dwa latka (1817-1819). Podróżuje jak szalony: Neapol, Umbria, Marche, Toskania, Emilia-Romania, Liguria. Pisze notatki z podróży, po francusku, bo taka była wtedy moda, niczym księgowy notuje wszystko: pieniądze, które miał, ile wydał, na co, nazwiska ludzi spotkanych w podróżach, notuje drobiazgowo, to wszystko, co go uderza: jedzenie na wystawach sklepów, miejsca. Tak samo jak w domu skrupulatnie zapisuje to wszystko, co przeczytał w książkach czy czasopismach. Ma wręcz manię katalogowania.

 

A w międzyczasie przychodzi na świat jego syn Ciro (1824).

 

G.G. Belli foto: Biografie on line

 

17.09.1827 – ten dzień zapamięta na zawsze. Pierwszy pobyt w Mediolanie. Wpada mu w ręce tom, cały napisany w dialekcie mediolańskim (meneghino). Autor – Carlo Porta. Nie rozumie nic, ale pomagają mu przyjaciele, tłumaczą mu zawiłe wersy. Eureka!!! On też tak chce! Chce pisać jak Porta!. Chce uwiecznić życie ludu rzymskiego, jego język, wyrażenia, puenty, chce pisać tak, jak mówi człowiek z rzymskiej ulicy.

 

Pierwszy sonet pisze jeszcze w Mediolanie, w 1827 roku, na ślub szwagierki swojego serdecznego przyjaciela – Giacomo Moraglia. A potem wyzwala się od stylu Porty, choć wciąż go uwielbia. I wpada w trans, 7-8 sonetów dziennie. Chodzi po osteriach, podsłuchuje graczy w karty, ich przekleństwa, inwektywy, kiedy coś nie idzie po ich myśli. Biega po sklepach. Podsłuchuje rozmowy sklepikarzy z klientelą. Ukryty za rogiem domu kradnie miłosne frazy wypowiadane przez kochanków. Szpieguje Zatybrze bez ustanku, tak jakby czuł, że za chwilę ten świat może zniknąć. Niczym szalony reporter notuje, pyta i zapisuje. Jest zachłanny na wszystko. A kiedy pisze o swoim ludzie, zawsze błyszczą mu oczy.

 

Lata 1827 – 1831 to najpłodniejszy okres w jego życiu. Groteska, tak bardzo obecna w jego sonetach to jednak przykrywka dla melancholii. I znów życie go nie oszczędza. W 1837 roku umiera żona poety. Nie zdążył jej nawet pożegnać. Kiedy wrócił z Perugii, już była martwa. Pieniądze topnieją, dłużników przybywa. Wybucha epidemia cholery. Belli pisze swój testament. Wszystkie sonety mają być spalone. Być może boi się o przyszłość swojego syna, świeżo upieczonego prawnika. Jego satyra z tych lat jest gorzka, jadowita, uderza mocno w Kościół i nowego papieża Grzegorza XVI. W 1847 roku mówi stop poezji, stop pisaniu. Nadchodzą czasy republiki, Belli boi się, ma jeszcze w pamięci traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa. Poświęca się synowi i trojgu wnucząt (Maria Teresa, Carlo, Giacomo), choć wkrótce śmierć znów zapuka do drzwi, zabierając mu synową (1859).

 

Jeszcze z konieczności wykonuje pracę cenzora przedstawień teatralnych.

 

Skryty, milczący i zawiedziony życiem, zamknie swój ziemski rozdział 21 grudnia 1863 roku. Udar mózgu. Przyjaciel Francesco Spada stanie na wysokości zadania i opublikuje nekrolog w ‘Osservatore Romano’. A pisarz spocznie na rzymskim cmentarzu Verano. 

 

G.G. Belli – grób na Verano foto: cimiteri di roma

 

Syn Ciro na szczęście nie wykonał testamentu ojca. Dzięki temu ten pomnik plebsu rzymskiego, o którym Belli tak marzył, przetrwał. 

Maria Magdalena – święta niewygodna dla Kościoła katolickiego

Maria Magdalena – jako dziecko podziwiałam jej piękne włosy (nieprzypadkowo jest patronką fryzjerów), choć z tych czasów bardziej zapamiętałam kolorowe lizaki sprzedawane na straganach podczas odpustu parafialnego 22 lipca, czyli w dniu jej święta, a zbiegiem okoliczności, kto jeszcze pamięta, ten sam dzień był najważniejszym świętem PRL-u. Żal mi Marii Magdaleny i roli grzesznicy, w jakiej obsadził ją Kościół katolicki, choć wcale nią nie była (bo pomylono ją z inną osobą). 

 

 

Maria Magdalena – Gotycka rzeźba z XV wieku – Santa Maria Maddalena in Campo Marzio

 

 

Maria z Magdali, czyli ‘wieży ryb’ (magdala to w hebrajskim: wieża), małego miasteczka nad Jeziorem Genezaret, znana jako Maria Magdalena. Kobieta, z której Chrystus wypędził siedem demonów i która stała się jego pilną uczennicą. Pierwsza osoba, której ukazał się zmartwychwstały Chrystus. Święta uwielbiana przez Kościoły Wschodnie i święta najbardziej zdegradowana przez Kościół katolicki, kiedy papież Grzegorz Wielki  w 591 roku uczynił z niej jawnogrzesznicęCo z tego, że papież Paweł VI ją zrehabilitował w 1969 roku. Zbyt późno, gdyż w świadomości społecznej, w sztuce zapisała się na zawsze jako grzesznica. Czy celowo została wyelminowana przez Kościół, a mogła mu przewodzić, bo była wykształcona i inteligentniejsza od świętego Piotra jak utrzymują feministki? Czy może było to świadomy zabieg Kościoła, wszak takie historie nawrócenia zawsze pomagały zdobyć nowych wiernych? I dlaczego ten sam Kościół nie zawahał się odciąć stopę świętej i uczynić z niej ważną relikwię, ostatnią, jaką czcili pielgrzymi przed wejściem do Watykanu, a którą dziś możemy oglądać w kościele San Giovanni dei Fiorentini, na początku Via Giulia i tuż przy Moście św. Anioła.

 

 

San Giovanni dei Fiorentini
San Giovanni dei Fiorentini

 

 

W Ewangelii według św. Jana to właśnie Marii Magdalenie płaczącej przy pustym grobie ukazał się Chrystus. Co prawda pod postacią ogrodnika i dlatego na początku nie poznała go, lecz kiedy już rozpoznała i gotowa była rzucić się do jego stóp, Chrystus wypowiedział te słynne słowa: Noli me tangere (Nie dotykaj mnie – bardzo popularna scena w ikonografii, przedstawiona również na ikonie obecnej w kościele, powyżej napisu o stopie Marii Magdaleny). Idź i oznajmij tę wiadomość apostołom!

 

 

Astolfo Petrazzi: Pokutująca Maria Magdalena wśród aniołów

 

Jak ta relikwia trafiła do Rzymu? Według oficjalnej wersji Maria Magdalena zmarła w Efezie. Ale Efez najechali Turcy i cesarz bizantyjski Leon VI przewiózł ciało świętej do Konstantynopola około 886 roku. Lecz i Konstantynopol nie był bezpiecznym miejscem i w 1204 roku złupili go krzyżowcy. Ciało Marii Magdaleny udało się wywieźć. Metą była Francja z przystankiem w Rzymie, gdzie ucięto stopę świętej i umieszczono ją w srebrnym relikwiarzu autorstwa Benedetto Celliniego, słynnego złotnika i umieszczono w jednej z dwóch okrągłych kaplic prowadzących na Most św. Anioła. Obie kaplice zbudowano tuż po jubileuszu 1450 roku (kaplicę po drugiej stronie mostu poświęcono tym wszystkim, którzy zginęli na nim, kiedy pod naporem tłumu w czasie obchodów jubileuszu roku świętego zawaliła się jego część, pochłaniając wiele niewinnych ofiar). Kaplica z relikwią św. Marii Magdaleny była ostatnim przystankiem dla pielgrzymów podążających do grobu św. Piotra głównie z Francji przez Alpy, tzw. Via Francigena. Około 1527 roku zburzono kapliczki, aby lepiej zabezpieczyć most, a relikwię przeniesiono do narodowego kościoła florentyńczyków San Giovanni dei Fiorentini. Po czym zapomniano o niej.

 

 

Odnaleziono ją dopiero w muzeum kościelnym około 2000 roku, a w 2012 roku przeniesiono w specjalne miejsce, po lewej stronie ołtarza głównego. Podstawa relikwiarza jest oryginalna. Natomiast samą oprawę stopy zrekonstruowano około 400 lat temu, kiedy odcięto mały palec stopy, który zawieziono do Mantui, a resztę relikwii zapieczętowano na nowo (widoczna pieczęć).

 

Relikwiarz ze stopą św. Marii Magdaleny

 

 

 

 

Nie wiemy tak naprawdę, gdzie została pochowana Maria Magdalena. Jedni mówią, że zmarła nie w Efezie, a we Francji, dokąd musiała uciekać z dwiema Maryjami przed prześladowaniami cesarskimi. Opactwo cysterskie w Vezeley w Burgundii twierdziło, że około 1050 roku odnaleziono tam ciało świętej. Inni są przekonani, że 30 lat żyła w pustelni w pobliżu Sainte-Baume i pochowano ją w opactwie Saint-Maximin-la-Sainte-Baume na południu Francji, w Prowansji. Tam też znajduje się oficjalnie sarkofag świętej. Zachowała się tylko czaszka Marii Magdaleny, bo szkielet zaginął podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej. A stopę Marii Magdaleny według tej wersji przywiózł do Rzymu jakiś zakonnik. 

 

Grób Marii Magdaleny Saint-Maximin-la-Sainte-Baume foto: Il Gazzettino del Viaggiatore

 

 

W Rzymie jest jeszcze jedno miejsce poświęcone Marii Magdalenie. To przepiękny kościół w stylu rokoko – rzadkim w Wiecznym Mieście – Santa Maria Maddalena in Campo Marzio (na Polu Marsowym). Wewnątrz, oprócz wspomnianej wcześniej drewnianej figurki świętej z XV wieku są  przedstawienia świętej w ołtarzu głównym i ponad nim. 

 

 

Po raz kolejny widzimy ją jako pokutnicę wśród aniołów (ołtarz główny), powyżej po prawicy Chrystusa, a najwyżej znów na kolanach u jego stóp.

 

 

Santa Maria Maddalena in Campo Marzio

 

 

Maria Magdalena jest szczególnie czczona przez prawosławnych i nazywana Apostołką Apostołów. Zawsze przedstawiana w czerwonych, dostojnych szatach, bo ponoć była bardzo bogata, a całe bogactwo rozdała biednym, podążając za Chrystusem. 

 

I podobno to tej świętej zawdzięczamy malowanie jajek na Wielkanoc. Legenda mówi, że któregoś razu Maria Magdalena została zaproszona przez cesarza Tyberiusza na bankiet (co świadczyło o jej wysokiej pozycji w hierarchii). Trzymała jajko w ręce wykrzykując: Chrystus zmartwychwstał! Na co Tyberiusz zadrwił: tak, zmartwychwstał tak, jak to jajko stanie się czerwone. I nagle stał się cud. Jajo się zaczerwieniło czerwienią fresków pompejańskich. Odtąd prawosławni malują jajka na Wielkanoc, a my przejęliśmy od nich ten zwyczaj.

 

Wczoraj kanadyjski geolog o żydowskich korzeniach, Dr. Aryeh Shimron ogłosił światu, że odnalazł grób Jezusa, jego żony Marii Magdaleny i ich syna Judah we wschodniej części Jerozolimy (w strefie Talpiot, strefie ostatniego grobu Jezusa, odkrytej w 1980 roku). Czy to kolejne, sensacyjne odkrycie, czy tym razem coś jest na rzeczy? A może teksty apokryficzne, czyli te, które nie weszły do kanonu Pisma świętego nie kłamią? Może rzeczywiście Jezus poślubił Marię Magdalenę i miał z nią syna?

 

  • Przygotowania do Niedzieli Palmowej
  • Bazylika św. Piotra

O tym, jak liguryjskie palmy zagościły w Watykanie

posted in: EUR, Osobliwości rzymskie, Watykan | 0

Na jednej ze ścian Palazzo degli Uffici w dzielnicy EUR zobaczyłam piękny, marmurowy fryz z 1939 roku autorstwa Publio Morbiducciego, przedstawiający najważniejsze wydarzenia z dziejów Rzymu poprzez zabytki.  Rzucił mi się w oczy ten znany całemu światu obelisk zdobiący dziś Plac św. Piotra, a w zasadzie moment jego podnoszenia, bo w tym dniu na placu panowała grobowa cisza, jakiej nigdy przedtem nie doświadczono.

 

Podnoszenie obelisku na Placu św. Piotra : Publio Morbiducci

 

10 września 1586 roku, tłum wiernych i gapiów oczekuje punktu kulminacyjnego prac, które trwały już od czterech miesięcy. Domenico Fontanie – architektowi kierującemu tą delikatną operacją podnoszenia obelisku przywiezionego z Egiptu przez cesarza Kaligulę też nie jest do śmiechu. Wszak jego przyszłość i kariera zależy od tego nieszczęsnego obelisku. No i ten zawzięty papież Sykstus V, (il papa tosto), dobrze płaci, ale ledwie zasiadł na Stolicy Piotrowej, już porządkuje cały Rzym. Dlaczego tak bardzo zależy mu na tym blisko 26-metrowym kawałku? A jeśli się nie uda, trzeba będzie uciekać, bo inaczej zginę, na wszelki wypadek umieściłem konie w bramach watykańskich.

 

Biada temu, kto wypowie choć jedno słowo. Papież zapowiedział karę śmierci. Stąd ta cisza. I już machina ruszyła. 900 robotników, 140 koni, 44 kołowrotów, 350 ton do podniesienia. Ale w pewnym momencie liny podtrzymujące obelisk są tak napięte i rozgrzane, że lada moment pękną. Już widać nadchodzącą katastrofę. I wtedy z głębi placu padają te słowa wypowiedziane w dialekcie liguryjskim: Aiga ae corde – acqua alle corde, czyli polejcie sznury wodą. Kto ośmielił się złamać papieski? To kapitan Benedetto Bresca, z miasteczka Bordighera (niektórzy twierdzą, że z San Remo). Doświadczony marynarz, wie, co mówi, wie, ze liny wykonane z konopi, zmoczone zimną wodą, chłodzą się, unikając w ten sposób postrzępienia włókien, a w konsekwencji pęknięcia. I tak kapitan ratuje chyba najtrudniejszą technicznie operację w Watykanie. Obelisk zostaje postawiony ku uciesze papieża. Cieszy się również Domenico Fontana (wkrótce podniesie jeszcze dwa inne obeliski: na Lateranie i przed Bazyliką Santa Maria Maggiore).

 

A co z karą śmierci, wszak kapitan złamał papieski zakaz?

 

Papież jest w doskonałym humorze, spełniło się jego marzenie. Nie tylko uchyla swój zakaz, dziękuje osobiście kapitanowi i każe mu wybrać sobie nagrodę. Kapitan Bresca jest skromny i ku zaskoczeniu papieża prosi go jedynie o dożywotni przywilej dla siebie i swoich potomków dostarczania papieżowi palm na Niedzielę Palmową.

 

I tak co roku, od wieków dwa miasteczka liguryjskie San Remo & Bordighera wysyłają do Watykanu tysiące palm na uroczystość Niedzieli Palmowej. W tym roku ponad 2000 tysiące kompozycji, w tym 100 palm około metrowej wysokości zostanie podarowanych kardynałom, a ta największa i najpiękniejsza  z palm – samemu papieżowi Franciszkowi.

 

Parmureli  – bo tak nazywają się te palmy – są wyjątkowe, mają niespotykany, jasny kolor, momentami przypominający kość słoniową. I od wieków wyplata się je ręcznie – trzy liście palmowe tworzące kompozycję symbolizują Trójcę Świętą.

 

A w tym roku po raz pierwszy palmy wyruszą też do Pragi. Zamówił je kościół Matki Bożej Zwycięskiej (tam, gdzie znajduje się cudowna figurka Dzieciątka Jezus).

 

Co roku Plac św. Piotra zdobią również drzewka oliwne, a wierni w rzymskich kościołach także trzymają gałązki oliwne, które później zabierają do domów. W tym roku, podobnie jak rok temu podarowała je Watykanowi Apulia – ziemia pokoju (przynajmniej tak się reklamuje).

 

I wreszcie sama Niedziela Palmowa – 29 marca 2015. 

 

 

 

Most Czterech Głów

Okazuje się, że umiejętność pracy zespołowej była ceniona już od dawien dawna. Stare polskie przysłowie mówi: Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. A co dopiero, kiedy spotkają się cztery silne osobowości, w dodatku notorycznie kłócące się?

 

Przy wejściu na Most Fabrycjusza (Ponte Fabricio) – prowadzącym na Wyspę Tybrową (l’Isola Tiberina) od strony synagogi – witają nas po obu jego stronach dwa kamienne słupy z czterema głowami dookoła. Wiadomo, co dwie głowy, to nie jedna, ale cztery, a właściwie osiem? Cóż, historia jest smutna i pokazuje, do czego prowadzi pycha. Ale po kolei.

 

Most Czterech Głów

 

Otóż, kiedy na Stolicy Apostolskiej zasiadł papież Sykstus V (1585-1590) – znany jako papież urbanista, obiecał, że w ciągu pięciu lat zbuduje 5 dróg, 5 fontann i 5 mostów. U progu piątego roku pontyfikatu zlecił remont Mostu Fabrycjusza czterem najlepszym architektom miejskim. I to był jego wielki błąd. Rywalizacja, pycha i nienawiść między architektami doprowadziły bowiem do tragedii. Pod koniec prac papież pogratulował wykonawcom efektów pracy. A w nagrodę skazał wszystkich czterech na karę śmierci za mało chrześcijańskie zachowanie (od plotek huczał bowiem cały Rzym). Samemu papieżowi  również można pogratulować ‘iście chrześcijańskiej’ postawy (note bene zmarł w tym samym roku)! Według rzymskiej legendy architekci zostali ścięci w miejscu pracy. Na pamiątkę tego incydentu umieszczono na moście dwa kamienne slupy z czterema symbolicznymi głowami restauratorów. I odtąd ci, którzy nienawidzili się wzajemnie, muszą na zawsze dzielić te sama przestrzeń. Czyż to nie ironia losu?

 

A Rzymianie potocznie nazywają ten most Ponte Quattro Capi (Mostem Czterech Głów).

 

Most Czterech Głów

 

Ponte Fabricio (Most Fabrycjusza) jest najstarszym czynnym mostem rzymskim. Dużo starszy jest Ponte Milvio (Most Milvio – istniejący już około 207 p.n.e.) czy jeszcze starszy Ponte Sublicio znany już około 600 p.n.e.). Oba jednak przeszły gruntowne restauracje i w rezultacie to Ponte Fabricio  pozostał jedynym, który w ciągu 2000 lat utrzymał swoją oryginalną strukturę.

 

Ponte Fabricio

 

Most wybudował w 62 roku p.n.e. Lucio Fabricio – znany budowniczy dróg i mostów. Należy dodać, że w tym okresie mostów było niewiele, a wody Tybru często wzbierały, stąd budowa mostów była zajęciem nobilitującym, a ich budowniczy powszechnie szanowani. W 23 r. p.n.e. Tyber znowu wylał, niszcząc wspomniany wcześniej Ponte Sublicio. Ucierpiał nieco i Ponte Fabricio – odrestaurowany w 21 r. p.n.e. przez konsula Emilio Lepido (stąd inna nazwa mostu: Lapideo). Nazywano go też Pons Judaeorum (Mostem Żydowskim), z powodu sąsiedztwa społeczności żydowskiej.

 

Ponte Fabricio

 

 

Horacy wspominał, że Ponte Fabricio był ulubionym mostem samobójców, to stąd spektakularnie rzucali się w nurty Tybru.

 

Dziś to całkiem przyjemny most: 57 metrów długości, 5 metrów szerokości i z pewnością i most, jak i sama Wyspa Tybrowa są warte odwiedzin (i powrócimy tu jeszcze), choćby ze względu na fakt, iż w tutejszym klasztorze przebywał św. Wojciech – patron Polski (dziś kościół św. Bartłomieja, który przez wiele wieków przechowywał jego relikwie). Na wyspie działa też szpital bonifratrów (Ospedale Fatebenfratelli) – z bardzo dobrym oddziałem ginekologiczym oraz szpital żydowski przylegający do kościoła św. Bartłomieja.

 

 

Widok na Ponte Fabricio

 

 

 

 

 

 

Mimozami wiosna się zaczyna – Dzień Kobiet we Włoszech

posted in: Osobliwości rzymskie | 2

”Mimoza czyni ludzi szczęśliwymi. Zapach kwiatów mimozy przynosi radość i witalność. I gasi smutek” – to Cristina Caboni we wspaniałej książce ‘Il sentiero dei profumi’. Sekretny język kwiatów i perfum, a w tle niebanalna historia miłosna rozpięta między Florencją a Paryżem. 8 marca gałązką mimozy obdarowuje się włoskie kobiety, choć ponad 60 % z nich nie lubi ani tego kwiatu, ani samego zwyczaju.

Tuwim pisał: Mimozami jesień się zaczyna. A we Włoszech mimozami wiosna się zaczyna … To piękne drzewo przywiezione do Europy z Australii pod koniec XIX wieku zaczyna kwitnąć na żółto pod koniec lutego. Zimową szarzyznę zamienia w wiosenną radość.

Według Indian północnoamerykańskich kwiaty mimozy symbolizują siłę i kobiecość. I coś jest na rzeczy, ponieważ to kwiatem mimozy upamiętniono śmierć 129 pracownic firmy Cotton, które zginęły w pożarze fabryki w Nowym Jorku 8 Marca 1908 roku. Dodajmy, że wszystkie kobiety tejże fabryki ogłosiły wcześniej strajk, protestując przeciwko nieludzkim warunkom pracy.

W 1946 roku Związek Włoskich Kobiet (Unione Donne Italiane) wybrał mimozę jako kwiat najlepiej symbolizujący Dzień Kobiet (bo czerwone goździki zostały zarezerwowane wcześniej na obchody pierwszomajowe). Kwiaty te były niedrogie, a więc powszechnie dostępne, a poza tym rozkwitały w okolicach 8 marca.

Ciasto mimoza

W cukierniach można spotkać także ciasto mimoza – dostępne przez cały rok – to lekki tort biszkoptowy przełożony kremem i posypany kawałkami tego samego biszkoptu, tak, aby imitować drzewko obsypane kwiatami.

W przedszkolu śpiewaliśmy: Zapamiętaj sobie, dzisiaj jest Dzień Kobiet!

Cóż! Te kwiatki, śpiewy, ciasteczka i inne błyskotki niewiele znaczą, jeśli nie ma szacunku na co dzień.  

Życzę każdej kobiecie, aby czuła się Muzą przez 365 dni w roku, a nie tylko od wielkiego dzwonu: w domu, w pracy, w polityce, gdziekolwiek …

Madonna del Parto – opiekunka przyszłych mam

Któregoś dnia powitała mnie na drzwiach wejściowych różowa wstążeczka. To znak, że urodziła się komuś dziewczynka. W przypadku narodzin chłopczyka wiesza się niebieską wstążeczkę. Fiocchi nascita, czyli wstążeczki wieszane po to, by oznajmić sąsiadom narodziny dziecka, to sympatyczny zwyczaj, praktykowany w całych Włoszech. Dzieci rodzi się coraz mniej, więc cieszy każda mała istotka 🙂

 

Fiocco nascita

 

 

Rzymskie mamy mają jednak swoją opiekunkę, do której od początku XIX wieku pielgrzymują tłumnie w drugą niedzielę października (uroczysta msza zwykle odprawiana jest w samo południe). To Madonna del Parto (dosłownie Matka Boska Kobiet Rodzących, parto to po włosku poród) znajdująca się w przepięknej, spokojnej Bazylice św. Augustyna (Sant’Agostino) na dawnym Polu Marsowym, niedaleko Piazza Navona mieszczącej arcydzieło Caravaggia ‘Madonna Pielgrzymów’ (pierwsza kaplica po lewej stronie od wejścia).

 

To najbardziej czczona z rzymskich Madonn. Obsypana licznymi wotami dziękczynnymi.

 

Madonna del Parto
Madonna del Parto

 

Niegdyś ofiarowywano jej przedmioty drogocenne: zegarek, złoty łańcuszek, obrączkę czy brylant, co bardzo poirytowało znanego poetę rzymskiego G.G. Belli, który w wierszu z 1833 roku bez ogródek stwierdził mocno, może nawet za mocno, że wszystkie te cacka podarowane zarówno przez biednych jak i bogatych czynią z biednej Madonny nie Madonnę, ale putanę (k….)

Cuella povera Vergine der Parto
Nun è più una Madonna: è una puttana.

 

Dziś ściany kaplicy zdobią poduszeczki lub wstążeczki z imieniem upragnionego malucha, pozostawione w podzięce za udany poród lub poczęcie długo oczekiwanego dziecka. Czasem także za pokonanie ciężkiej choroby. I nikogo nie bulwersują, wręcz przeciwnie, wrosły w rzymską tradycję.

 

Madonna del Parto
Madonna del Parto

 

Według legendy przez wiele wieków uważana ją za statuę rzymską przedstawiającą Agrypinę z małym Neronem, ale Madonna z Dzieciątkiem (tak zresztą brzmi jej oryginalna nazwa ‘Madonna col Bambino’ ) to dzieło renesansowe. Wykonał je Jacopo Tatti, zwany Sansovino w latach 1516 – 21 na zlecenie Giovanni Francesco Martelli, miało ozdobić jego prywatny ołtarz w bazylice.

 

Kiedy w 1822 roku papież Pius VII ogłosił odpust zupełny dla tych, którzy pocałują stopę Madonny, pewnie nie przywidział takich tłumów pielgrzymów. A już na pewno nie wytrzymała tego umęczona marmurowa stopa posągu, którą trzeba było wkrótce wymienić na srebrną ;).

 

Madonna del Parto
Madonna del Parto

 

Dziś jest spokój, a przyszłe i obecne mamy przychodzą tu tak jak dawniej.

 

Basilica di Sant’Agostino

Piazza Sant’Agostino

uwaga: zamknięta od 12.30 – 15.30

 

Jak rzymskie Chinatown świętowało Rok Kozy

Witajcie w Roku Kozy! Dziś Chińczycy obchodzą swoje najważniejsze święto – Chiński Nowy Rok zwany też Festiwalem Wiosny (Spring Festival). W kolorach czerwieni i złota, potrwa 15 dni aż do Święta Lampionów. 

 

 


 

W Rzymie już 14 lutego przygotowano obchody Chińskiego Nowego Roku na Piazza del Popolo. A raczej przygotowała je Ambasada Chin, bo Chińczyków było tam niewielu. Widać, że Chiny pompują ogromne pieniądze w promocję kraju za granicą, ale lokalni Chińczycy wolą spędzać ten czas w swoim gronie, a nie publicznie z innymi.

 

 

Rzymskie Chinatown koncentruje się wokół Piazza Vittorio Emanuele II, blisko Bazyliki Santa Maria Maggiore i dworca Termini, Niegdyś bardzo elegancki plac (największy rzymski plac otoczony portykami), wizytówka Eskwilinu i zjednoczonych Włoch, dziś zdegradowany i omijany przez wielu. Opowiadano mi, że lokalni przedsiębiorcy zostali zmuszeni opuścić to miejsce, bo Chińczycy masowo od początku lat 90-tych zajmowali tę część Rzymu i wykupowali wszystko. Skąd mieli ogromne pieniądze na pałace w samym centrum miasta to już oddzielne pytanie. Od jakiegoś czasu lokalna policja robi naloty na ich sklepy, konfiskując nielegalny towar i podróbki. Ale, ale, w tej dzielnicy ostatnio nawet kultowa rzymska lodziarnia Palazzo del Freddo została kupiona przez Koreańczyków. To już jest fakt: Daleki Wschód ma pieniądze!!! Legalne bądź nielegalne, ale je ma i powoli wykupuje cały świat. O tempores!

 

 

Rzymska chińska wspólnota jest nieufna wobec innych, bardzo zamknięta (ale to już ich cecha narodowa: nie bez przyczyny mówimy: jak za Chińskim Murem) i nie mówiąca po włosku. Nie wiadomo, ilu ich tu jest. Oficjalnie ponad 13 tys. Odwiedzam chińskie sklepy od lat, bo lubię jaśminową zieloną herbatę, sosy sojowe, noodle czy japoński sos teryaki. Lubię też podglądać inne nacje i próbować nowości. I potwierdzam, tutaj po włosku mówi tylko kasjer, przy warzywach nie ma arabskich cyfr, kiedy mi coś ważą, to i tak nie wiem, czy właściwie, ale ok. Polecam dwa sklepy: Pacific Trading – Via Principe Eugenio, 17-19 – najlepiej zaopatrzony w Rzymie i Xin Shi – Via Carlo Alberto 10 B. Jednego nie można im odmówić – pracowitości. Nigdy nie widziałam żebrzącego Chińczyka.

 

 

Polecam restaurację Hang Zhou (via Bixio, nr 55), potocznie nazywaną Da Sonia, u Soni, przez wielu uważaną za najlepszą chińską restaurację Wiecznego Miasta. Ceny bardzo przyzwoite, jedzenie smaczne i pełno ludzi: Chińczyków, miejscowych, a także celebrytów. Sonia jest w Rzymie od początku lat 90-tych, najpierw pracowała w restauracji u wujka swojego męża, potem otworzyła własną. Choć pochodzi z miasteczka położonego 100 kilometrów od Szanghaju, u siebie zatrudnia kucharza z Pekinu, a wiadomo, że kuchnia chińska zmienia się z kilometra na kilometr.

Piazza Vittorio Emanuele – serce rzymskiego Chinatown

 

Mieszkałam 7 lat w Dublinie. Tam społeczność chińska była liczna (ponad 60 tys,), bardziej pewna siebie, mówiąca po angielsku i widoczna w całym mieście, choć wciąż nieufna wobec innych. Powyrastały imperia handlowe, restauracje, gabinety akupunktury z chińskimi doktorami wbijającymi igły w rytm wojskowej musztry i niezliczone salony masażu (nawet z happy ending 😉 ). Niektórzy żartowali nawet, że odkąd Chińczycy tak licznie przybyli, z ulic poznikały wszystkie koty.

 

Co roku na scenie Filharmonii Narodowej z okazji Festiwalu Wiosny odbywał się spektakl promujący chińską kulturę. Przybywały tłumnie chińskie rodziny. Cudzoziemcy i miejscowi mniej. Koszt biletu, o zgrozo, tylko €5, mniej niż kanapka z kawą, co mnie zawsze bulwersowało, zważywszy, że przeciętny, lokalny grajek o lekko przepitym głosie kasował za występ minimum €35-€40. Ale być może Ambasada Chin pokryła koszt występu.

 

Któregoś razu przyjechały małe dzieci z Pekinu. Występowały razem z ich irlandzkimi rówieśnikami, co niektórzy już wtedy uczyli się chińskiego w szkołach. O ile irlandzkie dzieci biegały wyluzowane i uśmiechnięte, o tyle chińskie maluchy były spięte i widać, że strasznie przeżywały swój występ. No i stało się. Podczas tańca z parasolkami  jedna mała Chinka pomyliła się i zamiast obrócić się w prawo, poszybowała w lewo. Cóż, każdemu może się zdarzyć. Natychmiast podbiegła do niej pani nauczycielka i ‘sprała’ małą po rękach na oczach wszystkich. Uffff, co za terror! Niestety, surowe wychowanie komunistyczne było widać na każdym kroku, a dzieci przenoszą je później w dorosłe życie. Na koniec dzieci uścisnęły dłoń ambasadora Chin i to miało być dla nich najlepszą nagrodą, owszem dostały jeszcze po batonie Butlers (dobry, ale tyle co nic, za ponad dwugodzinny występ). Rozumiem, Ambasada Chin w Irlandii sponsorowala wszystko, ale …. To nie Europa, to naprawdę Daleki Wschód, odległy pod każdym względem.

Mały Chińczyk świętuje Chiński Nowy Rok na Piazza del Popolo w 2015 roku

Może dzieci urodzone już tutaj jak ten mały Chińczyk na zdjęciu, wyjdą z tego kulturowego getta.

Kobiety Vigoroso – piękno zamknięte w brązie

Czy istnieje coś piękniejszego niż kobieta? Nie! I Innocenzo Vigoroso wie o tym, dlatego tak bardzo kocha kobiece ciało. Jemu poświęca sporą część swojej twórczości artystycznej.

 

Kobiety Vigoroso są zmysłowe i świadome swojej kobiecości.

 

Dama na okrągłym krześle

 

 

Kobiety Vigoroso są eleganckie, a miłość rzeźbiarza do sztuki klasycznej pomaga mu uwydatnić to piękno.

 

 

Kobiety Vigoroso są żywiołowe (nomen omen: vigoroso to po włosku: pełen ruchu, życia), uwielbiają ruch, zwłaszcza jego tancerki.

 

 

Kobiety Vigoroso są nieco tajemnicze i ekscentryczne nawet wtedy, kiedy zastygają na chwilę w ruchu: śpią, siedzą na krześle, niewinnie opuszczają głowę na bok. Odnosimy wrażenie, że ta chwila to tylko moment zawieszenia i nie potrwa zbyt długo i  dlatego mamy ochotę krzyknąć za Faustem: ‘Chwilo trwaj! Jesteś piękna’.

 

Innocenzo Vigoroso – rzeźbiarz i architekt, znany we Włoszech i na świecie, sycylijczyk rodem z urokliwego Caltagirone i rzymianin z wyboru.

 

W październiku na dziedzińcu Sant’Ivo alla Sapienza w Rzymie zaprezentował swoją wystawę ‘Il corpo leggero’ (Lekkie ciało). Wystawia również w innych włoskich miastach: Orvieto, Mediolanie etc.

 

A wśród tych wszystkich kobiet zaskoczyła mnie rzeźba przedstawiająca papieża Jana Pawła II unoszącego do góry małe dziecko. Piękna. Radosna. I bardzo prawdziwa. Czy przypadkowo umieszczona tutaj? Nie sądzę. Może to rodzaj hołdu złożonego kobiecie …

 

 

Rzymskie Lourdes niedaleko Fontanny di Trevi

Wyobraźcie sobie ciemną wrześniową noc, w centrum średniowiecznego Rzymu. Wyobraźcie sobie ogromny pałac kardynalski, do którego przylega stajnia pełna rasowych koni. Wyobraźcie sobie również studnię obok tejże stajni. Bo właśnie ona będzie bohaterką naszej opowieści.

Santa Maria in Via

Jest noc z 26 na 27 września 1256 roku. Otóż tej nocy sługa kardynalski, prawdopodobnie przez pomyłkę wrzuca do studni obraz Madonny namalowany na ciężkiej dachówce z terakoty. Nie mija nawet 5 minut, a woda w studni zaczyna gwałtownie wzbierać i wylewa. Dochodzi już do stajni. Przerażone konie rżą i uderzają kopytami, budząc stajennych kardynała. Ci, oszołomieni tym, co widzą, zaczynają w popłochu ratować zwierzęta, a potem kopać kanały, aby znaleźć ujście dla wielkiej wody, bo stajnia w międzyczasie zamieniła się już w staw.

Studnia cudami słynąca – jesusinnetwork.it

Brakuje światła, jest ciężko. I nagle dostrzegają w tych ciemnościach kamień, który dryfuje po powierzchni wody. Zbliżają się i oczom nie wierzą. To wizerunek Madonny. Próbują go wyłowić, ale bezskutecznie, ślizga się im w rękach jak ryba. Radzi nieradzi budzą kardynała Pietra Capocci i prowadzą go do stajni. Ten najpierw modli się, a potem wyławia rękoma obraz, a wody natychmiast ustępują.

Kardynał dostrzega głowę otoczoną aureolą i owiniętą niebieskim welonem pokrytym małymi liliami (lub gwiazdkami) oraz oblicze Madonny nadzwyczajnej piękności. Wszyscy są oszołomieni. Cud. Madonna nie chciała zostać na dnie studni, dlatego wody wystąpiły, aby ktoś ją zauważył i uratował.

 

Madonna del Pozzo

 

Nazajutrz kardynał sprowadza papieża Aleksandra IV, ale on też nie potrafi wyjaśnić całego zdarzenia w racjonalny sposób. Ogłasza więc cud.

Wokół studni zostaje wybudowany kościół Santa Maria in Via. W pierwszej kapliczce po prawej stronie od wejścia umieszczono ikonę Madonny (pochodzi z XIII wieku ze szkoły rzymskiej). Nazwano ją Madonna del Pozzo – Madonna Studni. Patronuje zarówno spóźnialskim, jak i dobrze zorganizowanym.

Santa Maria in Via – Madonna del Pozzo

Pielgrzymi zaczęli napływać niemal od samego początku, aby skosztować wody z cudownego źródełka. A kiedy oficjalnie uznano objawienia w Lourdes, kościół ten zyskał przydomek małego, rzymskiego Lourdes.

Wewnątrz kaplicy dedykowanej Madonnie po lewej stronie jest malowidło przedstawiające kardynała Capocci wyławiającego cudowny obraz. Ikona znajduje się w ołtarzu głównym, a po prawej stronie kaplicy umieszczono kran, z którego płynie czysta, źródlana woda. Księża wystawili plastikowe kubeczki, więc każdy może skosztować wody. Mieszkańcy nierzadko przychodzą też z własnymi butelkami.

Małe rzymskie Lourdes – jesusinnetwork.it

Kościół leży w bardzo ruchliwym miejscu – na Largo Chigi i rozpoczyna Via del Tritone, która prowadzi do Piazza Barberini. Najlepiej wejdźcie do Galerii Alberto Sordi od strony Via del Corso (na wysokości parlamentu i Kolumny Marka Aureliusza – Piazza Colonna) i wyjdźcie tylnym wyjściem, a kościół ukaże się waszym oczom. To dobry punkt postoju przed wspaniałą Fontanną di Trevi (nawet jeśli jest jeszcze remontowana, trzeba ją zobaczyć). Większość rzymskich kościołów jest zamknięta w porze obiadowej, więc można go odwiedzić między 7.15 – 12.45 lub 16.00 – 20.00 (godziny mogą ulec zmianie, zwłaszcza w okresie letnim). Najlepiej sprawdzić je na stronie: www.santamariainvia.it.

Napij się wody prosto z książki

posted in: Osobliwości rzymskie | 0

Nawet jeśli nie jesteś molem książkowym, to po kawowej uczcie w Sant’Eustachio Caffè powinieneś powędrować do Fontanny Książek. Mieści się przy Via Staderari (nazwa od wytwórców wag szalkowych, którzy mieli tu swoje warsztaty), dawniejszej Via dell’Universita’ i przylega do dawnego budynku najstarszego rzymskiego uniwersytetu La Sapienza.

 

Sant’Eustachio Caffè

 

 

Jest rok 1927. Faszyści już na dobre zadomowili się w stolicy i czas świętować 5-lecie słynnego Marszu na Rzym i zamachu stanu. 27 października 1922 roku ponad 25 tysięcy Czarnych Koszul ruszyło na stolicę. Co prawda, sam Mussolini nie uczestniczył w marszu, lecz obserwował go w Mediolanie. Król Wiktor Emanuel III nie ugiął się pod żądaniami faszystów i nie wprowadził stanu wojennego, ale został zmuszony do przekazania władzy Mussoliniemu i uczynienia go premierem kraju już 29 października, co jak się okazało miało opłakane skutki dla przyszłości Włoch. Dwa lata później Mussolini rozpocznie swą dyktaturę, a ‘czarna zaraza’ zrujnuje kraj. 

 

Tymczasem faszyści chcą zmieniać oblicze Wiecznego Miasta i pierwszy zarządca Rzymu, Filippo Cremonesi ogłasza konkurs na wykonanie serii fontann upamiętniających dawne dzielnice rzymskie: Monti, Sant’Eustachio, Campo Marzio, Pigna, Ripa, Trastevere, San Lorenzo i Borgo (dziś Watykan).  Wygrywa go młody architekt rzymski Pietro Lombardi.

 

Nie jest nieznany, bo wykonał już Fontannę Amfor w robotniczej dzielnicy Testaccio, a wcześniej współpracował z późniejszym asem faszyzującej epoki Marcello Piacentinim (projektantem dzielnicy EUR, nowej siedziby uniwersytetu La Sapienza i watykańskiej Via della Conciliazione).

 

 

Fontanna Amfor – Leonardo Lombardi – syn architekta Pietra, ostatni po lewej stronie przemawiającego burmistrza

 

 

Warunek jest jeden, każda z fontann musi nawiązywać do dawnych symboli dzielnic.

 

Sant’Eustachio to dawna dzielnica uniwersytecka, a więc nie mogło zabraknąć książek. I tak cztery książki symbolizują cztery wydziały wyzwolone wszystkich średniowiecznych uniwersytetów: prawo, medycynę, filozofię i teologię. Z zakładek książek płynie woda. Ponad nimi widzimy kule z herbu papieża Leona X Medyceusza, wielkiego protektora uniwersytetu. I wreszcie historyczny symbol dzielnicy: głowa jelenia. Pomiędzy rogami zwierzęcia widnieje nazwa dzielnicy: Sant’Eustachio i jej numer, choć w tym przypadku wdarł się błąd, bo według starej numeracji dzielnica Sant’ Eustachio to VIII, a nie IV dzielnica, jak wyryto w kamieniu.

 

 

Fontanna Książek
Fontanna Książek

 

Uniwersytet La Sapienza, powołany bullą papieża Bonifacego VIII w 1303 roku przetrwał w tym miejscu aż do 1935 roku. Potem został przeniesiony w okolice Piazza Bologna, a do zabytkowych budynków wprowadziło się Archiwum Państwowe. 

 

Sant'Ivo alla Sapienza
Sant’Ivo alla Sapienza

 

Warto wstąpić choćby na chwilę na dawny dziedziniec uniwersytecki po drodze na Piazza Navona. Urzeka sylwetka dawnego kościoła uniwersyteckiego Sant’Ivo alla Sapienza – perełki Borrominiego (niestety, otwarty tylko w niedzielne przedpołudnie), urzeka harmonia samego dziedzińca, na którym wielu znanych artystów często prezentuje swoje prace. Urzeka wreszcie cisza tego miejsca ukrytego w hałaśliwym centrum.